Edwin Bendyk. Rozważania o przyszłości, na zakończenie Wioski 2018

Edwin Bendyk: Dziękuję bardzo. Dzień dobry Państwu i dziękuję za zaproszenie. To już jest siódma Wioska, na której jestem. Dla mnie specyfiką Węgajt jest to, że chwytają ducha czasu, a nawet go trochę wyprzedzają. Punktem szczególnym był dla mnie rok 2015. Wioska odbyła się w lipcu, jej głównym tematem był Obcy, różnie rozumiany, nie tylko jako uchodźca. Motywem przewodnim była wtedy szeroko pojęta obcość. A Ty przecież programowałeś to wcześniej… Zanim jeszcze wybuchło to, co wydarzyło się w związku z uchodźcami. Cała ta nienawiść, wszystko to, co przygotowali politycy w tamtym czasie… O tym właśnie mówiliśmy w samym środku wydarzeń. To jest ta niezwykła umiejętność trafiania. Wcześniej na Wiosce obecne były tematy ekologiczne. To, co wydaje się abstrakcyjne, tu nabiera konkretów, przez sztukę, która jest tu prezentowana i dyskusję. Zawsze jest to niezwykły moment – być tu i rozmawiać. Często znacznie lepiej niż w Warszawie. Wydaje się, że tam dostęp do wszystkich mądrych ludzi, którzy mogą na ten temat się wypowiadać jest duży, ale nie udaje się skoncentrować tej energii lub ona się rozprasza.
Teraz krótko o rocznicy historycznej, ponieważ chciałbym od niej odbić się do przyszłości. Rzeczywiście, jest coś niezwykłego z tym, co zrobiliśmy z 11 listopada, który był przed wojną świętem socjalistycznym[H1] . To nie było nigdy święto narodowców. Niepodległość zaczęła się 7 listopada rządem ludowym Ignacego Daszyńskiego i manifestem tego rządu, który wyrażał to, co PPS przyjęła w programie paryskim z 1892 r. Państwa potrzebujemy po to, żeby zrealizować program społeczny, na który składają się: republika z równymi prawami dla wszystkich bez względu na płeć, wyznanie, etnos, sprawiedliwość społeczna i ośmiogodzinny dzień pracy. To wszystko było celem walki o niepodległość, którą animowali głównie socjaliści, chociażby Piłsudski, który wtedy jeszcze był socjalistą, tylko potem zmienił optykę.
Narodowcy natomiast walczyli tylko o naród, natomiast długo uważali (choć w 1918 r. Dmowski włączył się bardzo aktywnie w tworzenie państwa i jego rola jest rzeczywiście bardzo duża), że naród można rozwijać niekoniecznie w oparciu o państwo, ale również w ramach autonomii wewnątrz imperium rosyjskiego. Tak było przez cały okres przedwojenny, ale o tym dziedzictwie zapomnieliśmy. Toczyły się wtedy spory na ten temat, np. Róża Luksemburg była przeciwna idei niepodległości rozumianej tak, jak socjaliści. Uważała, że czas państw narodowych się skończył, a ich budowa doprowadzi do tego, co wydarzyło się dwadzieścia lat później, czyli nieuchronnie do odbudowy republik burżuazyjnych, w których nierówność będzie rosła. Zatem, ideały demokratycznego socjalizmu przepadną gdzieś po drodze, a konsekwencją będzie wojna między tymi państwami. Ta dyskusja jest ciekawa i dzisiaj zapomniana.
W ramach dzisiejszej rozmowy chciałbym Państwu podrzucić właśnie to pytanie, jak sobie PPS-owcy stawiali pod koniec XIX w., czyli o co walczymy i jakich instrumentów potrzebujemy, aby zrealizować pewne cele – wtedy walczono o równość, czy o pewne cele społeczne, łącznie z uprawnieniem politycznym kobiet. W tamtej optyce wydawało im się im, że tym instrumentem jest państwo narodowe, czyli demokratyczna republika, która te szanse daje. Pytanie na dzisiaj jest zatem takie, jakie mamy teraz sprawy do załatwienia i jaki instrument się do tego najbardziej nadaje – czy ciągle państwo i jakie cele stawiamy temu państwu.
W kilkanaście minut postaram się przedstawić kilka tez. Będzie to bardzo uproszczone, żeby wyostrzyć pewne argumenty. Zapraszam Państwa do niezgadzania się i do przedstawiania swoich argumentów. Osią będą dwa wątki – „przesilenia” jako temat Wioski, drugi wątek natomiast wyartykułował się sam, zainspirowany książką Katarzyny Kułakowskiej Błaźnice. A dyskusja o tej książce przerodziła się w polityczną dyskusję, włącznie z symbolicznym przejęciem władzy, ponieważ odebrano Ci mikrofon. Do tej symboliki chciałbym przejść, ponieważ to było znaczące i dobrze ilustruje pewne sprawy, o których będę mówił. Zastanówmy się teraz nad dwiema kwestiami. Jeśli mówimy o perspektywie dłuższej niż kilkanaście najbliższych kadencji, a więc o perspektywie, powiedzmy, połowy stulecia, to z punktu widzenia globalnego akurat w tej chwili nie ma nic ważniejszego niż środowisko i zmiana klimatyczna. Dziś nie mamy wątpliwości, że zmiany klimatyczne są faktem, ponieważ pokazują to kolejne badania naukowe i to, czego doświadczamy, czyli anomalie pogodowe, susze i tak dalej. Już wiemy, że znaczna część odpowiedzialności za to, co teraz się dzieje, wynika ze zmian klimatycznych, a nie tylko z fluktuacji pogodowych. To jest zadanie do rozwiązana. Parę tygodni temu ukazała się znakomita książka Ewy Bińczyk – filozofki z UMK w Toruniu, pt. Epoka człowieka z podtytułem Retoryka i marazm antropocenu. Bińczyk pokazuje, że mamy pewną wiedzę, wiemy wszystko, co jest przyczyną i jakie będą skutki, wiemy, co trzeba by zrobić i równocześnie nie jesteśmy w stanie tego zrobić jako cała ludzkość. Porozumienie paryskie z 2015r. w sprawie klimatu, które było wielkim sukcesem dyplomatycznym, polegało na tym , że państwa, które w nim uczestniczyły, złożyły deklaracje, jak bardzo ograniczą emisję. To, co zaproponowały, jest zaledwie jedną trzecią tego, co jest potrzebne, by ustabilizować wzrost temperatury na poziomie dwóch stopni. W tej chwili mamy jeden stopień i widzimy już, co się dzieje. Dwa stopnie to już będzie utrata mniej więcej połowy wiecznej zmarzliny. To oznacza różne nieprzyjemne efekty – chociażby to, że w wiecznej zmarzlinie jest zgromadzone dwie trzecie całej rtęci, która jest w naturze. Ona wydostanie się do środowiska i będzie je zatruwała. To wszystko wiemy i pomimo tego nie jesteśmy w stanie zobowiązać się do większego ograniczenia emisji. Przeciwnie, jeśli popatrzy się na to, co się teraz dzieje, to robimy wszystko wbrew. Ciągle inwestujemy w elektrownie węglowe. Nie muszę tego tłumaczyć. Wystarczy popatrzeć na to, co dzieje się w Polsce, jak węgiel jest nam ciągle bardzo bliski… To jest jedna kwestia, którą trzeba w kategoriach globalnych rozwiązać i o tym mówiliśmy. Drugi problem z punktu widzenia Polski jest taki, że ciągle jeszcze nie jesteśmy mentalnie przygotowani do tego, co nas czeka. Nie chciałbym popaść w katastrofizm, ale pokazać sposób myślenia, do jakiego przyzwyczaiła nas Unia Europejska: jest dobrze i będzie coraz lepiej, że będziemy kolejne kilometry dróg budować i kolejne aquaparki. To się skończyło, oczywiście potrwa jeszcze kilka lat i to nie dlatego, że Unia będzie nas karać za jakieś polityczne ekscesy, tak czy inaczej pieniądze z Unii miały się kończyć. Najważniejszy czynnik jest taki, że to my się kurczymy. Do 2050 r. będzie nas od 4 do 7 mln mniej, czyli nie 38, a 31 mln. I z zupełnie inną strukturą wiekową. Już teraz jest tak, że ludzi do 20 roku życia jest chyba tylko 15 proc.
Głos – Przepraszam, czy to dlatego, że wyjeżdżają?
Edwin Bendyk: Nie, nie, strajk kobiet trwa, (śmiech wśród słuchaczy) nie uczestniczycie panie w reprodukcji (śmiech) i ten stan rzeczy trwa mniej więcej od 1993 r. Jeszcze w roku 1982 było ponad 750 tys. urodzeń, w tej chwili ustabilizowała się on na poziomie 400 tys. rocznie. Starzejemy się szybko i w tej chwili jest więcej zgonów niż urodzeń. Na to nałożył się czynnik migracyjny – wyjeżdżają ludzie młodzi w wieku, brzydko mówiąc, reprodukcyjnym. To powoduje, że w 2050 r. będzie nas o wiele mniej z przewagą ludzi starszych, a niedostatkiem ludzi młodych. Konsekwencje gospodarcze są oczywiste. Najmniej zastanawiamy się nad skutkami politycznymi. Wchodzi pokolenie, które będzie musiało pracować na nas wszystkich, ale nie będzie miało głosu, bo w grze demokratycznej ich głos nie będzie się liczył[H2] . Co oni mogą zrobić? Historia podpowiada, co można zrobić, gdy nie chcą nas słuchać w normalnej dyskusji. No, Marsz Niepodległości oglądaliśmy, ale to jest tylko rozgrzewka do sytuacji, które mogą się zdarzać, jeśli czegoś nie wymyślimy. Ja nie mówię, że tak musi być, ale to jest coś, co się już zaczęło, jeśli popatrzy się na sytuację w miastach. Już bardzo wyraźnie widać ten proces, który nasili się w ciągu najbliższych pięciu lat. Ta kadencja wyborów samorządowych, o której zdecydujemy jesienią, będzie kluczowa dla ustawiania. To miasta będą musiały te problemy rozwiązać, państwo w ogóle w to nie ingeruje. Państwo jest poza zdolnością definiowania takich zadań strategicznych. Miasta są znacznie lepiej przygotowane do przyjęcia imigrantów. Jeśli mówimy o polityce migracyjnej, to jednym z rozwiązań jest otwarcie się na imigrację, która jest procesem trwającym niezależnie od tego, co się w telewizji mówi. Państwo skasowało wszystkie programy, a jedynymi ośrodkami, które prowadzą teraz politykę imigracyjną, są miasta, np. Gdańsk, który ma radę imigrantów i imigrantek, doradzającą prezydentowi. To, że wchodzimy w etap „zwijania się”, jest dla nas globalnym wyzwaniem i szansą, bo odpowiedzią na globalne wyzwanie z klimatem i środowiskiem jest to, co istnieje w Twojej sztuce „Mniej!”. Trzeba mniej, miej wszystkiego po prostu, będziemy musieli nauczyć się po prostu zwijać. Taka jest konieczność. Nie będzie możliwości ekstensywnego rozwoju. To jest zatem szansa, żeby pokazać, jak można się zwijać pokojowo, żeby przejść do fazy nie rozwoju rozumianego jako wzrost, tylko rozwoju jako radykalna redefinicja kategorii dobrego życia rozumianego nie jako kupowanie, tylko jako wymiana i uczestnictwo w kulturze. Takim kontekstem, czymś, z czym słabo sobie radzimy, bo traktujemy to jako czynnik zewnętrzny wobec społeczeństwa i tego, co się w nim dzieje, jest zmiana technologiczna. Charakter zmian związany z cyfryzacją i technologiami komunikacyjnymi jest związany z wnętrzem społeczeństwa. To nie jest taki proces, że kupujemy technikę, żeby coś zmienić, np. zastępujemy sierp kosą, żeby lepiej nam się kosiło. A nawet taka zmiana była problematyczna, jeśli przypomnimy sobie Konopielkę. Idzie to znacznie głębiej. Pokażę, jakie są tego konsekwencje. Na jakich elementach budować wizję przyszłości – jak nazwać moment, w którym jesteśmy?
Pomocne będą w tym miejscu dwie kategorie. Jedna to pojęcie, które już się pojawiało w kontekście książki Ewy Bińczyk. To jest pojęcie antropocenu. Czas je przyjąć, to nie tylko metafora literacka. Mówią o tym geologowie, pojawiła się oficjalna propozycja Grupy Roboczej do Spraw Antropocenu Międzynarodowej Unii Geologicznej, aby epokę, w której żyjemy, nazwać Epoką Antropocenu, czyli epoką, w której człowiek stał się główną siłą sprawczą zmian w całym ekosystemie. Nie ma już podziału na społeczeństwo i na to, co jest poza nim, czyli naturę. Jest jeden wielki system społeczny z naturą jako częścią, którą my sami kształtujemy. Historia i geohistoria są tym samym procesem. Powinno to oznaczać głęboką przemianę świadomości i samoświadomości, że nie ma w tej chwili bezkarnych zachowań. Na przykład jak wyrzucę śmieci do lasu, to nie jest to poza moim domem. Wszystko jest naszym domem, ale ciągle jeszcze nie chcemy przyjąć do wiadomości tego, to jest już naukowo potwierdzonym faktem.
Drugim kontekstem jest to, co się dzieje z nami, jak zrozumieć te procesy polityczne, że po ośmiu latach Baracka Obamy Donald Trump zostaje prezydentem, czy to, że Brytyjczycy robią, co robią, czyli chcą wyjść z Unii Europejskiej. I różne dziwne rzeczy w krajach, w których byśmy się nie spodziewali.

Dla mnie interesujące jest to, co Zygmunt Bauman proponował przed śmiercią, czyli koncepcja interregnum, bezkrólewia. Stary ład, do którego przyzwyczailiśmy się, po prostu się wyczerpał. Trwa tylko przez ciągle istniejące nazwy. Nadal mamy państwa, kościoły, różnego rodzaju struktury, ale widzimy, że to nie działa. Chociażby dlatego, że nie jesteśmy w stanie rozwiązać podstawowych problemów. Reakcją na niepewność związaną z upadkiem starego ładu są retrotopie ( o tym też Bauman pisał), czyli powrót do dawnych opowieści, które znamy, wydają nam się bezpieczne, czyli na przykład opowieść o narodzie, państwie narodowym, o tradycji, o tradycyjnej rodzinie. Wszystko to, co fabrykujemy, ponieważ wydaje nam się, że było fajne, ciepłe i bezpieczne. I to jest jeden sposób reagowania na zmiany społeczne. Drugim sposobem jest oczywiście niedostrzeganie, udawanie, że nic się nie zmieniło. Tak jest w nurcie liberalnym. To liberałowie najczęściej twierdzą, że wrócimy do wzrostu, poprawią się wskaźniki, ludzie odzyskają zamożność i wtedy przestaną głosować na populistyczne partie. Wiemy jednak, że nie jest to recepta ze względu na kontekst antropocenu. Główny aspekt tego rozpadu starych struktur francuscy antropolodzy nazywają końcem społeczeństwa. Formy, które kiedyś służyły organizowaniu życia zbiorowego społeczeństwa, już nie pełnią tych funkcji. Nie są źródłem podmiotowości politycznej. W centrum działania jest jednostka, proces indywidualizacji rozpoczął się w czasach Marcina Lutra, a teraz doszedł do etapu, w którym została już tylko jednostka. Część jest w fazie indywiduacji, uzyskiwania podmiotowości, a część ulega pokusom wspólnotowości komunitariańskiej, która wyraża inne aspiracje.
W 2014 r. mówiliśmy o rewolucji ukraińskiej. Opowiadałem wtedy o takim momencie na Majdanie, w grudniu, na początku rewolucji. Ludzie zastanawiali się, po co tu są. Czy jest jakieś „my”. Odbywało się to w atmosferze wiecu. Zaczęli skandować „Ukraina to ja”, a nie „Ukraina to my”. Czyli zbiór wolnych autonomicznych jednostek, które szukają powodu bycia razem, wspólnej narracji i opowieści o tym, jak ma wyglądać przyszłe państwo, aby pogodzić różnorodność. Podobna sytuacja miała miejsce na Kongresie Kultury w 2013 r., kiedy to Przemek Czapliński rzucił hasło „królestwo za narrację”, pokazując, że naszym problemem jest wymyślenie wspólnej opowieści, która nas połączy. Kongres Kultury dowiódł, ze nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Naród ciągle istnieje, ale nie jako wspólnota wyobrażona, która spaja się poprzez opowieści. Można spytać dowolnego Polaka, jaka jest wspólna opowieść o Polsce. Narodowcy powiedzą jedynie, kto ma z Polski wypier…, ale nie będą w stanie opowiedzieć, kim oni sami są. To nie jest wspólna narracja, ale wspólna emocja bycia wokół sztandaru. Polityka wielkich uniesień emocjonalnych, za którą nie stoją silne ideologie. Wymyślony w nowoczesności i utrwalony w XIX w. model integracji społeczeństwa wokół idei narodu przestał istnieć. Drugim sposobem jednoczenia ludzi poza opowieściami jest łączenie ich w sposób techniczny, np. za pomocą pieniądza. Nie pytamy, kim jesteśmy, ale możemy przeprowadzić wspólną transakcję. Trzecim sposobem jest działanie razem, robienie rewolucji, chociaż nie mamy wspólnej opowieści. Jest pośrednik w postaci systemu technospołecznego i całej infrastruktury, z której korzystamy. Od dziesięciu lat mamy urządzenie, które nie jest tylko niewinnym gadżetem, jesteśmy włączani w bardzo złożony system komunikowania. To urządzenie nie jest tylko, tak jak w epoce telefonów, infrastrukturą kablową, ale aktantem, czyli aktywnie uczestniczy w nawiązywaniu relacji i podejmowaniu decyzji, chociaż nie jest czynnikiem ludzkim. Tak samo, jadąc samochodem i włączając nawigację, nie jedziemy według własnego umysłu, ale według dyspozycji, które wydaje Google na podstawie analizy informacji, których byśmy nie byli w stanie pozyskać. Jeśli jest tak, jak mówi coraz więcej socjologów, że stare społeczeństwo się rozpadło, to głównym podmiotem jest jednostka. Może sprawniej realizować zadanie, żeby być razem i na przykład przyjechać do Węgajt.
Różnego typu pozycje społeczne, hierarchia wynikająca z dawnego sposobu budowania społeczeństwa, tracą moc. Funkcjonują jeszcze siłą inercji, ale na przykład wyczerpał się powód męskiej dominacji w społeczeństwie. Ta dominacja była szerzona z systemem hierarchii wypracowanej w nowoczesności. Ład instytucjonalny, który organizował nowoczesność, był obsadzony mężczyznami. Tak w XIX w. się umówiono, sytuacja zaczęła powoli zmieniać się w XX w., ale struktury pozostały takie, jak dotychczas. W tej chwili nie ma żadnego innego powodu poza inercją, żeby mężczyźni pełnili dominującą rolę w społeczeństwie. Kobiety powoli wykorzystują to interregnum nawet w najbardziej skostniałych elementach systemu, jak w systemie akademickim. Na przykład w tej chwili w Warszawie w Campusie Ochota, gdzie rozwijają się nauki przyrodnicze i ścisłe, cztery najważniejsze ośrodki są kierowane przez kobiety – trzydziestoparoletnie profesorki. W społeczeństwach, w których te procesy rozpoczęły się wcześniej, jest problem odwrotny – jak ponownie włączyć mężczyzn do tego systemu. Mężczyźni, odkrywając upadek swojej wysokiej roli społecznej, odpowiadają na swój właściwy sposób, na przykład nie ucząc się. Kobiety wykorzystują to, żeby zapełnić lukę. W Polsce (na przykład w świetle badań PISA) widać, jak duża jest rozbieżność w wynikach dziewczynek w stosunku do chłopców. Powtarza się to przez całą edukację. I na etapie wyborów po liceum widać dysproporcje. Dwie trzecie studentów to kobiety, a jedna trzecia – mężczyźni. Nie można jednak zastępować jednej dominacji drugą, ale wykorzystać interregnum na zbudowanie społeczeństwa na nowych relacjach, których zasadą nie będzie dominacja, ale współdziałanie. Nie chciałbym, aby zabrzmiało to paternalistycznie, ale jako przedstawiciel schodzącego gatunku (śmiech wśród słuchaczy), mogę sobie na ten paternalizm pozwolić. Panie, musicie uwierzyć, że sprawa jest polityczna. Tu nie chodzi tylko o emancypację, o wasze prawa. Trzeba wejść w politykę, żeby jak najszybciej zacząć budować, ponieważ tylko w ten sposób można ją zmienić, wykorzystując tę szansę, ten etap zwijania, aby zaproponować coś nowego. W najbliższym czasie będzie kolejna edycja Forum Przyszłości Kultury, którego głównym nurtem będzie feminizacja polityki, czyli jak walkę partykularną o prawa bezpośrednie przełożyć na szerszy cel polityczny. Kongres poprzedzi premiera Bachantek Mai Kleczewskiej 28 listopada, w rocznicę nadania kobietom praw wyborczych. Na Kongresie będą też poruszane wątki ekologiczne. Pracujemy też nad Słownikiem Przyszłości Kultury, czyli nad tym, aby pojęcia z epoki męskiej dominacji ponazywać na nowo i wyobrazić sobie, co te pojęcia mogłyby znaczyć w nowym, lepszym, miejmy nadzieję, świecie. Mowa na przykład o autonomii, wolności, instytucji.
W tej chwili rozsyłany jest list do instytucji kultury w Polsce, będący zaproszeniem do tego, żeby najbliższy rok, kiedy 1 września będzie osiemdziesiątą rocznicą wybuchu wojny, był rokiem antyfaszystowskim. Chcemy zacząć tworzyć kontrnarrację do tego, co zobaczyliśmy na filmie „Visitor”. Jeszcze nie mamy faszyzmu, ale faszyzację. Musimy być gotowi i uzbrojeni w odpowiedzi trafiające do wyobraźni. Rozsyłamy apel, zarówno do publicznych, jak i niepublicznych instytucji kultury, żeby włączyły się ze swoim programem. A pierwszego września chcemy zorganizować coś dużego, np. koncert na Placu Defilad.
(oklaski)

Zaszufladkowano do kategorii Teksty | Możliwość komentowania Edwin Bendyk. Rozważania o przyszłości, na zakończenie Wioski 2018 została wyłączona

Montaż atrakcji – tekst Magdaleny Hasiuk

Montaż atrakcji
Przesilenia – najnowsze przedstawienie Innej Szkoły Teatralnej Teatru Węgajty zarówno poprzez swój tytuł, formę, jak i problematykę wpisuje się w linię spektakli realizowanych od lat w ramach IST. Przesilenia podobnie jak: Czujność, Mniej, Godzina 0, Wielogłos oraz teatralogia żywiołów (Woda 2030, Ziemia B, Ogień, kryzys, dworzec centralny, Powietrze e(ks)misja) stanowią przykład teatru krytycznego, społeczno-politycznego, którego sztandarowymi hasłami są: „współistnienie”, „szacunek” i „świadomość”, rozumiane szeroko, w skali całej planety i na wielu planach w obszarze ekologicznym, międzygatunkowym i międzyludzkim. Przy czym głosy kolektywu twórców odnalezione w niewielkiej stodole, w wiosce w Północno-Wschodniej Polsce w sposób wręcz niezwykły rezonują z aktualnymi sprawami świata i kraju; sprawami esencjonalnymi i niepokojącymi, wobec których trudno jest zachować poczucie sprawczości. Taki wydaje się jeden z celów przedstawienia w reżyserii Wacława Sobaszka. Sztuka w rozumieniu kolektywu IST nie tylko ma budzić świadomość w widzach, ale dostarczyć im też narzędzi zdolnych przywrócić sprawczość ich działań poza teatrem. Jest wołaniem podejmowanym przez każdego z aktorów z osobna oraz przez cały zespół i kierowanym bezpośrednio do widza. Aktor nie tyle kreuje tutaj określoną rolę, co poprzez wiązkę słów, działań i postaci dzieli się swoim myśleniem, poszukiwaniami i znaleziskami: poetyckimi, politycznymi i społecznymi, swoimi narzędziami demaskującymi rzeczywistość i tymi, które pozwalają mu, mimo wszystko się w niej odnajdować i działać twórczo. Wykonawca nie tyle emanuje „trudnymi” informacjami, co zachęca widza do podjęcia indywidualnej drogi poszukiwań, być może prostej, skromnej, ale własnej. Nierzadko ukazuje przy tym swoje trudności, czasami nawet braki (także aktorskie i warsztatowe). Nie zatrzymują go one jednak w drodze, nie są pretekstem dla bezczynności, nie są powodem do autocenzury. W finale przedstawienia to działanie podejmowane przez aktorów staje się najważniejsze. Jest nieodzowną odpowiedzią daną światu. Do działania performerzy zapraszają też widzów.
Forma spektaklu wyrasta wprost z kabaretu politycznego i bliska jest tradycji Brechtowskiej. Działania pantomimiczne, w tym sekwencje maskowe, fragmenty taneczne, etiudy aktorskie – wykonywane pojedynczo, w parach i w zmieniającej się konstelacji performerów, wstawki muzyczne, komentarze socjologów, analizy strategii polityków, fragmenty poezji tworzą w Przesileniach rodzaj patchworku. Opiera się on na montażu atrakcji (w rozumieniu Sergiusza Eisensteina), w którym rolę kluczową pełni rytm oparty nie tylko na fragmentach muzyki, ile na muzyczności słów, fraz i działań. Spektakl porządkują trzy songi. To one stanowią kluczowe punkty struktury dramaturgicznej, a zarazem esencję przedstawienia: Kto ty jesteś? (trawestacja najważniejszego patriotycznego wiersza uczonego w polskiej szkole), pieśń o ginących ludziach oraz Mniej. Przy czym przesłanie wyrażone wprost łączy się z sekwencjami i obrazami zbudowanymi na zasadach metafory (przypowieść o wąskich drzwiach, o wadze, o stąpaniu po ostrzu miecza) oksymoronu („błądzę tak trafnie”) czy wręcz koanu („kto znalazł, źle szukał”). Nieoczywistość i bogactwo znaczeń można odnaleźć też w zjawiskowej sekwencji „zakłopotanego Zajączka” (w wykonaniu Marii Legeżyńskiej).
Przesilenia opierają się na paradoksach. Spektakl polityczny ujawnia poetycką strukturę świata, a różnica warsztatowa między performerami – świadczy nie tyle o brakach tych początkujących, co o teatralnym współistnieniu różnych generacji, w którym początkujący (wszak to Szkoła) uczą się od doświadczonych (mistrzów). Scena staje się żywym miejscem transmisji.

Zaszufladkowano do kategorii Teksty | Możliwość komentowania Montaż atrakcji – tekst Magdaleny Hasiuk została wyłączona

o kolędowaniu

8go stycznia, 2016
Nowica, koło Gorlic. Bliski doskonałości jest tu nasz spektakl domowy, Herodowy. Ludzie reagują tak samo, jak na początku, w latach 80tych. Coś przejmującego jest w tych reakcjach. Ta oczywistość przyzwalania, zgody na nasze wyłączenia światła w ich mieszkaniach, niemalże zaraz po przekroczeniu progu. W końcu jesteśmy „obcy” ludzie. Nadal, po tylu latach, choć odrobinę już oswojeni.


15 stycznia, 2017

Ciągle w kolędowaniu nie objawiło się jeszcze to, co przeczuwam, że jest. Czy uda się w końcu znaleźć? A co dopiero opisać! Ściganie sensu. Jest coraz bliżej, ale możliwość spełnienia ucieka, chowa się. Powiada: może w następnym sezonie. Chyba jestem coraz bardziej kolędnikiem pedagogiem. Orszak kolędniczy jest wędrującą szkołą, szkółką leśną, górską. Z jednej strony próby sformułowania ludzkiego sensu tego obyczaju. Z drugiej siła, magnetyzm wspólnoty. Przerzucanie niewidzialnych mostów.

12 stycznia, 2018
Kolędowanie, żeby było żywe, zawsze musi być twórczością. W ustalonych, niemal hieratycznych formach, w „stągwiach” musi przepływać nowa energia i nowa emocja. Trzeba dużo z siebie dać. Emocja, ogień. Przy tym ogniu można stworzyć coś jeszcze. Kolędowanie może być pożywką dla nowych form, wypowiedzi aktualnych, dla szopki noworocznej.

14 stycznia 2008
Doświadczenie kolędowania można by opisać przez porównanie do rodzenia. Choć rodzenie, ten żywioł mogę sobie jedynie wyobrazić. Jednak rodzenie i to nasze kolędowanie mają coś wspólnego, jedno i drugie trudno jest zdokumentować. Wymyka się. Działa jakaś siła poza kontrolą. Zaskakuje nas. To inna rzeczywistość, inne doznanie. Bolesne i piękne. Coś, co chce pozostać w ukryciu, poza zwyczajnym biegiem rzeczy. Przychodzą na myśl też te wszystkie relacje dawniejszych kolędników, że czeka się na to cały rok, na to najważniejsze. Że w tym jest sens życia. Poza tym pustka.

Kolędowanie ma niezwykłą dynamikę, niezwykły przebieg. Zawsze tyle rzeczy zaskakuje. Uruchamia się wielka ilość energii, która nigdy się nie wyczerpuje. Nawet kiedy dochodzi się już do kresu, nagle energia odradza się. Niedawno Eloisa, która przyjechała na naszą alelujkę z Brazylii, opowiadała o chodzeniu po domach z „Królami” w stanie Bahia. W Święto Trzech Króli i później. Opowiada, jak wyczerpani drogą i wysiłkiem „Króle” odzyskują nagle energię. Wystarczy jakiś gest, zachowanie kolejnego gospodarza. Gdy śpiewają przed drzwiami pieśń o świętym Sebastianie wszyscy stoją wyprostowani, nie tańczą. Chodzi o to, by ich wpuszczono. Dokładnie tak jest i u nas.

15 stycznia, 2008
Bóg jako pretekst. Gdy chodzę po Dąbrowie i Nowicy, przez tyle lat, kolędując, śpiewając, powtarzając słowa w rodzaju Bóg, Chrystus, Maryja. Ja bezbożnik, ateista… Jednak żeby śpiewać, żeby śpiewać dobrze, muszę w jakimś stopniu dawać wiarę tym słowom. Są one częścią tego, co akceptuję, kolędowania.
„Bóg się notą staje, w ziemskie schodząc kraje.” Oto kwintesencja kolędy. Przeczytałem to w nowej książce Bartmińskiego. Nota, dawniej nuta.
Po powrocie wykańczamy redakcyjnie tom „Inna szkoła teatralna”. Przypomniałem sobie nagle tamto dawne zdarzenie podczas kolędowania w Nowicy. Gościliśmy u Jana Szymczyka, miejscowego muzykanta. Tego dnia spaliśmy nieco dłużej, z rana zaś do gospodarza przyszedł jakiś gość. Dopytywał się, co za jedni, ci, co śpią pokotem na sianie. Pan Janek, po cichu: – To taka szkoła. Szkoła nauki i kultury.
Jeśli dobrze pamiętam, powiedział też, że to taka szkoła, która wędruje, która jest w podróży.

16 stycznia 2008
Nowica. Mirek ma pomysł, by obok drogi, między dwoma domami, dolnym i górnym postawić pomnik pana Janka. Wzór plastyczny jest świetny. Zdjęcie, na którym pan Janek w podkoszulce, w dziwnym berecie trzyma na ręku futerał ze skrzypcami. Wygląda to tak, jakby trzymał psa. Mirek twierdzi, że pan Janek na tym zdjęciu wygląda niezwykle młodo.

16 stycznia, 2008
Po drodze do Nowicy zatrzymujemy się w Dąbrowie. Nazajutrz, gdy odbyło się coś takiego jak próba generalna, lub prolog naszego kolędowania Krzyś Wrona opowiada ciekawe historie. Dziś o swoim i Darii ślubie. Ślub odbył się na szczycie góry Święty Krzyż. Była ona kiedyś pogańska. Krzyś zapytał o zgodę przeora. Tekst przysięgi małżeńskiej ułożyli sami małżonkowie. Początek był taki mniej więcej.
„ Ponieważ najpewniejszą rzeczą jest niepewność, nie mogę Ci nic przyrzekać…” Narzeczeni udali się na górę boso, idąc na czele orszaku. Obrączki zabrali ze sobą, zrobione były z wikliny.

Asia Zbiegień opowiada o tym, jakie znaczenie miało nasze kolędowanie w jej życia. Jest w tej relacji odwaga, otwartość. Kiedyś potrafiła z tą samą śmiałością zakomponować wiersz Suryna w przebiegu Missy.

20 stycznia, 2012
Pojawił się w górach, w Nowicy. Jakby z nieba spadł, albo z innej czasoprzestrzeni. Opowiada, że mieszka w Bartnem. Pamięta, jak przyjechaliśmy kolędować i on się do nas przyłączył. Był wtedy nastolatkiem. – Do końca życia tego nie zapomnę. Opowiada o Stryjku, naszym wspólnym znajomym. Stryjek zjeżdżał z góry na rowerze, przewrócił się i zginął. Zaprasza do Bartnego. Musimy koniecznie go odwiedzić. Przedstawia się. Jego nazwisko Gbur.

Zaszufladkowano do kategorii Teksty | Możliwość komentowania o kolędowaniu została wyłączona

Kasia Krupka o Quico

Kiko często mówił: „Ile pokory trzeba mieć w sobie, ile skromności”. Stwierdzenie to dotyczyło przede wszystkim kondycji aktora, lecz nabierało konkretnego znaczenia, gdy tak jak on było się kimś znanym, kimś ważnym w swoim kraju, biorącym udział w artystycznym i politycznym życiu Santiago, kimś kto znał osobiście Nerudę, śpiewał z Violetą Parra, w innych momentach życia bywał aktorem znanych teatrów, jak Compagnia dei Quattro we Włoszech, kimś kto spotykał Ginsberga i inne sławy świata sztuki…

W czasach rządów Allende Kiko pracował jako reżyser 9 Kanału TV Uniwersytetu Chilijskiego, którego programy cieszyły się ogromną popularnością i wielokrotnie dowiodły swej wielkiej siły sprawczej. Po przewrocie za taką pracę groziły prześladowania, więzienie i tortury i było to przyczyną nagłego wyjazdu Kika i Any Marii do Polski.
Ucieczka do przyszłości okazała się podróżą na inną planetę, różniącą się od Chile pod każdym względem. Jej mieszkańcy zachowywali ciszę w środkach komunikacji publicznej, a jeśli rozmawiali to półgłosem, wydając szeleszczące dźwięki w niepojętym języku. Przybysze z Chile spotykali się jednak z powszechną sympatią: od razu dostali mieszkanie w Warszawie, Kiko został zatrudniony w TV polskiej, Ana María rozpoczęła studia nad tkaniną artystyczną na warszawskiej ASP. Bardzo to wszystko doceniali (a nam wytykali, że nie widzimy pozytywnych stron socjalizmu) i potrafili się w Polsce odnaleźć, być wśród ludzi. Szybko nauczyli się języka. Ale kiedyś Kiko powiedział mi, że choć zgłaszał różne projekty, w polskiej TV nigdy nie pozwolono mu niczego zrealizować.
Po jakimś czasie przenieśli się z Warszawy do Krakowa. Mieszkali w bloku na Prokocimiu, w mieszkaniu na parterze, z oknami pełnymi kwiatów. Ich sąsiadami z naprzeciwka byli Cyganie i od razu zaistniało tam jakieś powinowactwo. „Jesteśmy jak oni, dzielimy ten sam los wygnańców!”, powiedziała Ana María w jakiejś trudnej chwili.

Kiko umiał przywołać piękno i siłę świata Południa, El Sur: wyczarowywał go z muzyki, rytmu, opowieści o ludziach i diabłach, o miłości i śmierci. Praca muzyczna i teatralna pod jego kierunkiem była niezwykłym doświadczeniem, żyliśmy tym. Było w tym tyle naszych marzeń i, choć tak inna, nasza tęsknota splatała się z tęsknotą Kika. Poznanie Wacka i Mutki, i miejsca jakim są Węgajty, stanowiło przełom dla całej naszej grupy. Kiko widział w tym szczęśliwe zrządzenie losu. Wacek przyjechał do Krakowa na nasz spektakl (dzięki pośrednictwu Józka Szkandery) i od razu zaprosił nas do Węgajt. Pamiętam długi marsz z Teatru do Jonkowa na przedstawienie, szliśmy w zimowym mroku prowadzeni latarenką Wacka, niosąc instrumenty, rekwizyty, swoje sny. I stały się nam Andy na Warmii, zatańczył indiański Diabeł, zagrały keny, bębny, charango, nad salą rozpiął skrzydła ogromny kondor z tkanin Any Marii. Pamiętam niespodziewane odkrycie, że ta sama siła, której szukaliśmy w Andach, istnieje tutaj wśród ludzi, w ich myśleniu, działaniach, determinacji. Oboje Kiko i Ana María byli pod wielkim wrażeniem odwagi kilkorga śmiałków, którzy porwawszy się z motyką na słońce zamieszkali w lesie, z małymi dziećmi, po to, żeby robić teatr w wiejskiej stodole. Zresztą my wszyscy! Za każdym razem gdy wracaliśmy do Węgajt, Kiko prosił, by pozostawić zbędne myśli przed progiem Teatru i otworzyć na wszystko, co może się tam zdarzyć. Bardzo podobała mu się węgajcka zasada „Jak już, to już!”, trafnie oddająca panującego tam ducha. Zawsze był bardzo ciekaw, co nowego w Węgajtach i cieszyły go kolejne osiągnięcia Teatru, świadczące o tym, że duch wciąż jest obecny, a zasada cały czas aktualna.

Na zdjęciu z zeszłego roku Kiko i Rodrigo (Roro) Hernández, który jako 14-letni chłopak mieszkał u Kików w Krakowie.

Zaszufladkowano do kategorii Teksty | Możliwość komentowania Kasia Krupka o Quico została wyłączona